http//www.blogroku.pl/kategorie/andrzej-jordan-szmilichowski.gwk9f.blog.html
http://www.blogroku.pl/kategorie/wwwszmilichowskibloogpl,gwjl9,blog.html
Przy świecy cieplej
Czego nauczyła Polskę chrystianizacja? Czy istnieje państwo, które kiedykolwiek stało się autentycznie chrześcijańskie i co to oznacza? Czym powinno się charakteryzować państwo chrześcijańskie? Jak zdefiniować dziś katolika?
Z uwagi na powszechność wiary kłopotliwa sprawa, ponieważ praktycznie rzecz biorąc nie wyróżnia się niczym specjalnym. Zadaje pytania o Trójcę Świętą, dziewictwo Marii, Zmartwychwstanie, gwiazdę betlejemską, raj, piekło, czyściec. Pije, przeklina, cudzołoży, wierzy w reinkarnację, krytykuje hierarchię, żeni się po parę razy. Ma przestrzegać wartości chrześcijańskie, ale te zawierają taką różnorodność form, że można je równie dobrze nazwać przyzwoitością.
We wczesnej młodości bardzo mi kościół imponował. W wierze było drzewiej więcej mistyki, niezrozumiała łacińska retoryka przemawiała do wyobraźni, uwodził zapach kadzideł, fascynował cień pod amboną. Grzech budził przerażenie, ale pierworodnego nie rozumiałem. Uwodziła mnie poetyka dziewictwa Marii, ale nic nie popychało w kierunku cnoty. Nie czułem potrzeby wydawania bitwy złu, ale skłaniałem się raczej ku przyzwoitemu życiu.
Z dziedzictwa polskiej kultury narodowej nie sposób wyjąć chrześcijaństwa, nie pozbawiając wielu ludzi czegoś ważnego, duchowej identyfikacji. W świecie ateizmu bogato i ciekawie, ale ludziom o wrażliwej osobowości smutno i samotno. Z żarówką jaśniej, ze cieplej.
Idę czasem popatrzeć na wody Mällaren. Życie krótkie jest jak lot meteoru. Zaczyna się gdzieś w nieskończoności i po mgnieniu oka które nazywamy kolejami losu, niknie w niej ponownie. Nie potrafię się zdefiniować? Oddogmatyzowany chrześcijańsko-liberalny agnostyk?asz
Drodzy PT Czytelnicy!
Tak oto wyczerpałem (nieomal!) moje archiwalne zapiski. Przyznacie sami, nie jest tego mało! To nie znaczy, że zaprzestaję przypominania o sobie i zamykam bloog. Broń Boże! Tak łatwo się mnie nie pozbędziecie! Wpisy będą trwały nadal, z tym, że być może trochę różne od dotychczasowych, być może nie tak regularnie.
Oczywiście, można mnie nadal spotkać co miesiąc, na stronach "NIEZNANEGO ŚWIATA", oraz w moich książkach które możecie znaleźć na regałach Księgarni-Galerii "Nieznanego Świata" w Warszawie na ul.Karowej.
Całusy! Ściskam Was wszystkich!
Andrzej Szmilichowski
PS. Przygotowuję do książkowego wydania (będzie tego dwa tomy) "Podróż szlakami imaginacji". Ukaże się, mam taka nadzieję, z końcem wiosny 2012 roku. Pa!
Magia cierpienia
Ból i cierpienie identyfikujemy zazwyczaj z porażką, z osobistą klęską. Nigdy tego nie mogłem zrozumieć. Dlaczego człowiek cierpiący miałby się wstydzić, traktować cierpienie jak swoją przegraną? Cierpienie ciąży, przytłacza jak heretycka dżuma. Patrzymy na ludzi cierpiących jak na chorych i obawiamy się czegoś. Szaroblada twarz przeraża i zaraża, nadlatują myśli pełne obawy: Ze mną może stać się to samo, gdy będę stał koło ciebie i patrzył jak cierpisz!
Wszystkich i każdego z osobna, jak jeden mąż, ciebie też, dotknie kiedyś cierpienie. Takie są prawa życia nie przez nas postanowione. A my pomimo świadomości nieuchronności cierpienia, staramy się sprowadzić człowieka cierpiącego do roli swego rodzaju pariasa, odepchniętego, udsuniętego poza nawias, pomimo współczujących i w końcu szczerych uśmiechów.
Jeśli ktoś protestuje, trudno, ale będę trwał przy swoim. Cierpiący, mniej lub bardziej, zmienia swoje miejsce. Brutalnie czy delikatnie, ale jest odsuwany. Nic przyjemnego przebywać blisko cierpiącego i odsuwamy się albo udajemy, że nie widzimy.
Ale stosunek do cierpienia się zmienia. To co było za życia stanem nie do zniesienia, krwawiącą duszę, zmętniałym cierpieniem spojrzeniem, dziś stoi w gablocie pamięci jak medal ze szlachetnego kruszcu.
Śmierć, wyrzucenie poza nawias, rozwód, strata pracy, ostracyzm, szaleństwo, gdziebyśmy je na swojej skali wartości nie umieścili, stanowi nierozerwalną część życia. Dlaczego więc mamy się wstydzić, dlaczego przykucać jak w deszczu, dlaczego ludzie mają na widok cierpiącego przybierać współczujący wyraz twarzy?
Mama umarła trzy dni przed moimi imieninami i przyjaciel z którym naprzemian urządzaliśmy przyjęcie urodzinowe powiedział, że rozumie jeśli nie przyjdę. Dlaczego? Dlaczego miałbym nie pójść? Poszedłem, ale poprosiłem go aby nie wspominał o niczym. Gdy późnym wieczorem rozchodziliśmy się, odprowadził mnie do furtki i powiedział cicho: Wiesz, gdy zdecydowałeś się przyjść, zaskoczyłeś mnie. Ale przyznaję ci rację.
Dotknięci cierpieniem potrzebujemy spotkań z ludźmi życzliwymi, nie samotności. Aren potrzebujemy, na których spotkamy twarze nie przybierące półżałobnego wyrazu na nasz widok. Potrzebujemy powietrza, normalnego powietrza zdatnego do normalnego oddychania. Miejsc, w których nie będziemy się wstydzili naszych blizn, a ich widok nie będzie włączał ekstra działań.
Jesteśmy różni i różnie czujemy, bo świat jest różny. Piękni i nieodparcie szczęśliwi jesteśmy, jak dzieci ze śladami trawy na kolanach, ale też podobni ciężko doświadczonym zimową aurą zwierzętom, ze zlodowaciałą łzą w kącie oka.
Problem zaczyna się, gdy wszyscy dokoła nieomal krzyczą swoimi zatroskanymi minami, że współczują. Wygląda na to, że jesteśmy dla nich trochę mniej warci, gdy przygasamy na tydzień, miesiąc, rok. Przypomina się bestialski pastor, znęcający się ze słodyczą klechy nad małym Aleksandrem w filmie Ingemara Bergmana „Fanny i Aleksander”. Przypomina inna scena z Bergmana, gdy człowiek gra w szachy ze śmiercią.
Cierpienie należy do podstawowych praw życia, jak jedzenie, spanie, oddychanie i tak powinno się je przyjmować i akceptować bez niepotrzebnej emfazy. Nie wstydzić się, a jednocześnie akcentować czernią wdowich szat.
Dobrze byłoby gdybyśmy pojęli, że to co niepokoi, zasmuca i budzi obawę, buduje nas i czyni mocniejszymi, zrozumieli, że: To czego się boję, czyni mnie silniejszym, a cierpienie biegunem radości jest. Bez cierpienia nie rozumiałbym czym jest szczęście.
Gdy nawałnica cierpienia przemija i przemienia się w żal, potrafi być magicznie piękna. Gdy jesienne sztormy uspokajają się i gasną u twoich stóp dywanem czerwonobarwnych liści, gdy powietrze osiąga klarowną czystość kryształu, a myśli biegną lekko i przyjaźnie, milkną i znikają cierpienia, a gablota z nimi poczyna jaśnieć i przypominać blask zwycięstwa. Tam się spotkamy, tam gdzie blednie i znika cierpienie.dPN
*
Z pakowaniem walizek jeszcze trochę poczekajmy
Ewentualność istnienia biologicznego życia na innych planetach nie powinna sprawiać chrześcijaninowi kłopotów, ponieważ w zasadzie nie podważa pryncypiów wiary. Podobnie rzecz się ma z innymi wielkimi religiami tej Ziemi.
Inaczej w obozie ateistów. Jeżeli bowiem bylibyśmy we Wszechświecie samiuteńcy jak palec, ateistom bardzo byłoby trudno wytłumaczyć powstanie żywej materii, a w konsekwencji myślących organizmów. Nie biorąc oczywiście poważnie pod uwagę brzmiącej jak anegdota teorii o piorunie, co to walnął w bagno i tak zaczęło się życie oraz narodziła świadomość.
Wielu ludzi wierzy, że szanse na odnalezienie kuzynów mamy coraz większe. Astronomowie poszukują od dawna tak zwanych exoplanet, ciał niebieskich z innych systemów słonecznych, na których mogłoby zaistnieć życie. Wytypowano dotychczas trzysta takich planet.
Realnie rzecz biorąc, to co już wiemy o innych ciałach kosmicznych, bardzo ogranicza możliwość odnalezienia życia, w każdym bądź razie życia takiego, jak go rozumiemy. Jedne za ciepłe, drugie za zimne, jeszcze innym brak atmosfery, kolejne ją mają ale zawiera ingrediencje uniemożliwiające powstanie życia. Skomplikowana sprawa, żywa materia to nie zupa w proszku z nadrukiem: Dodaj wody i zamieszaj. Mikrobiologiczne badania ostatnich dziesiątków lat wskazują konieczność zaistnienia niesamowitej kompleksowości wielu czynników, aby mogła powstać najprostrza forma życia.
Jeśli nawet nasze sondy odkryją na Marsie lub innej planecie organiczne molekuły, to do powstania sekwencji DNA i procesu samoreprodukcji dzielić je będą miliony i miliony lat, w trakcie których będą mogły ulec miliony i miliony razy zniszczeniu. Nie mówiąc już, że w międzyczasie my sami możemy zniknąć miliony i miliony razy.
Odkrywca DNA (i ateista) Francis Crick pisał: Przy naszej dzisiejszej wiedzy, tyle musiałoby zostać spełnionych warunków aby powstało życie, że potrzeba na to nieomal cudu.
Astronomowie mają także inny niebagatelny kłopot. Mianowicie exoplanety są zbyt małe aby mógł je odnaleźć „zwykły” teleskop (ciekawe byłoby dowiedzieć się, korzystając z jakich technik Aliens odnaleźli nas). Jeden z kruczków stosowanych przez astronomów polega na tym, że dokładnie obserwują ruchy gwiazd i planet. Jeśli któreś z ciał niebieskich zachowuje się dziwnie, dzieje się tak zawsze pod wpływem czegoś: czarnej dziury, ciemnej materii, lub planet-dzieci.
Można stworzyć paralelę ze sposobem w jaki chrześcijaństwo tłumaczy istnienie Boga. Człowiek nie potrafi oznaczyć Go zmysłami, ale istnienie Boga jest jedynym sposobem wytłumaczenia świata. Święty Augustyn, jeden z najświatlejszych ludzi wczesnego chrześcijaństwa, zanotował: Bóg jest jak słońce. Nie możemy Go sami zobaczyć, ale bez Niego nie moglibyśmy zobaczyć czegokolwiek.
Wracając ab ovo powtórzmy, jeżeli człowiek uczyni nieomal niemożliwe możliwym i odnajdzie środkami jakimi dziś dysponuje życie w kosmosie, nie będzie to oznaczało niebezpieczeństwa dla żadnej z wielkich religii. Natomiast jeżeli nie znajdziemy bo niema, jeśli okazałoby się, że jesteśmy jedyną rozumną rasą wszechświata, poważne kłopoty mieliby nasi przyjaciele ateiści. Trudno bowiem wyobrazić sobie argumenty jakich mogliby użyć, by wytłumaczyć powód powstania życia.
Poszukiwanie form żywej materii w kosmosie pasjonuje na równi wierzących i ateistów, z nieznaczną przewagą tych drugich. Dlaczego akurat ateiści mieliby mieć przewagę, spytacie? Odpowiedź prosta jest niezmiernie: Stwórca był niewierzący.dPN
*
Mamy szczęście być
Zastanawianie się kim jest człowiek, to w zasadzie pole nieograniczonej niczym fantazji, możemy być wszystkim: Refrenem piosenki nuconej przez Stwórcę, Jego snem, Jego dzieckiem, Jego zwierzęciem, możemy maską jaką zakłada grając ciebie, grając mnie...
Proces narodzin prowokuje pewne sugestie. Buduje przekonanie, że coś się zaczyna - przychodzimy na świat, a po jakimś czasie kończy. Ziarno pęcznieje, rozwija się w liść, dorośleje, więdnie, odpada od drzewa, zamienia w proch ziemi. Amen.
Niewykluczone. Lecz gdyby tak było, gdyby cykl ludzkiego życia zamykał się w jednorazowym istnieniu, planeta Ziemia byłaby makabreską, nonsensowną grą, chorobliwym majakiem, najbardziej niesprawiedliwym, żeby nie powiedzieć tragicznie groteskowym, miejscem w Kosmosie, a człowiek nie wart splunięcia.
Niewykluczone, że tak właśnie jest, ale pobłyskują promyki nadziei. Mamy otóż szansę zostać zbawieni. To krzepi, ale jednocześnie jakby potwierdza podejrzenia: Nie rodzimy się w protektoracie sił Dobra, tą planetą nie rządzi dobry Bóg, inaczej z czego mielibyśmy być zbawiani? A tak przy okazji - dlaczego w ogóle mielibyśmy być rządzeni?
Istniejemy więc w świecie Zła? Pewnie tak, ale mamy trochę szczęście. W tym samym kokonie znajduje się świat Dobra. Jeżeli tak, poradzić sobie z życiem możemy tylko na jeden sposób: Nieszczególnie się wszystko układa, trudno, ale najlepsze co mogę zrobić, to brać się do roboty!
Na zbawienie trzeba po prostu zapracować i na Boga nie oczekiwać żadnego wynagrodzenia! Ile zasiejesz tyle zbierzesz. Przekraczanie granic wymaga osobistego wysiłku i nie ma co szukać pomocy u innych. Mężczyźni w czerni mają swoje, ostatnimi czasy niemałe, kłopoty.
A szanse mamy. W jakimś momencie wieczności obdarowani zostaliśmy świadomością. Mamy świadomość, że przestrzeń Dobra istnieje. Więcej nawet, wierzymy, że Dobro to praenergia, zaczyn wszystkiego, Zło włączając. Niestety jak narazie na niewiele się to przydaje, gdyż nie rozumiemy istoty Dobra. Zbyt dalekie jest, zbyt wielkie. Ze Złem idzie nam dużo łatwiej, znamy się na nim, mamy je tuż.
Wierzymy również, że wysiłek skierowany ku przestrzeniom Dobra, otwiera drogę do wiecznego istnienia w innej rzeczywistości. Jeżeli tak, jeśli śmierć ciała jest bramą do życia, budzeniem nowej egzystencji, czego się boimy? Śmierć pocałunkiem Stwórcy!
Możliwe, że błąd polega na czym innym. Zataczamy od eonów czasu ciasne inkarnacyjne kręgi wokół Ziemi. Czynimy to tak już długo, że umknęło naszej uwadze iż być może jesteśmy śmiertelni na własne życzenie. Sami podjęliśmy decyzję narodzin i sami odcinamy się od nieograniczonych przestrzeni transcedentu.
Nie potrafimy uwolnić się od rożnorodnych przyjemności jakie oferuje Ziemia i dlatego stale odradzamy się w tym samym miejscu kosmosu. Nie patrzymy w górę, patrzymy w dół. Krążymy wokół Ziemi, jak ćmy wokół lampy. Możliwe, że owo zaślepienie jest głównym atutem i orężem Zła.
Zafascynowani fizycznością matki Ziemi, zaćmieni tym co oferuje, stale się tu odradzamy, jednocześnie popłakując nad swoim losem i oczekując cudu zbawienia. Zamawiamy u Stwórcy zbawienie, jak lodówkę przez Internet!
Moi rodzice byli aktywnymi katolikami. Ale brak im było sił, lub potrzeby, aby przebić się przez mgławice nieba, piekła, czyśćca, zmartwychwstania, grzechu. Zazdroszczę im prostoty wiary w cielesne zmartwychwstanie.
Zazdroszczę również buddystom, że wierzą iż czytając umierającemu „Tybetańską Księgę Zmarłych”, w czymś mu pomagają. Islamowi zazdroszczę determinacji. Judaizmowi cierpliwości.
Ale mam własną wiarę: Wierzę w myślące światy i wszystko mi jedno czy są fizyczne czy czy nie, czy mają masę czy nie mają. Wierzę w istnienie świadomych, mądrych i życzliwych światów rozsianych w kosmosie i nic mnie nie obchodzi, że dla wielu to czcza fantazja.
A poza wszystkim kocham Anioły. Co do jednego! I mogą sobie być z której religii zechcą!
Mam również marzenia. Marzę, aby religia w której mnie wychowano ponownie została zdefiniowana i na nowo zinterpretowana. By wiara nie była sprzeczna z widzeniem świata, tak różnym od czasów gdy powstawały dogmaty chrześcijaństwa, oraz aby przestała być instytucją.
Może byłoby wówczas łatwiej zrozumieć, że Stwórca objawia swoją obecność we wszystkich aspektach istnienia, zaś w szczególności dobitnie w przeszkodach i katastrofach. Zaakceptować myśl, że zmagania z przeciwnościami mogą być najważniejszym celem i nauką ludzkich egzystencji.dPN
*
czwartek, 17 maja 2012
Licznik odwiedzin: 13 213 (wersja testowa)
| « maj » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | |
| 07 | 08 | 09 | 10 | 11 | 12 | 13 |
| 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 |
| 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 |
| 28 | 29 | 30 | 31 | |||
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:
Bloog Andrzeja Szmilichwskiego
Autor powieści, tomów opowiadań, dramatów, wierszy, esejów, felietonów, a także bajek dla dzieci. Publikuje w prasie emigracyjnej i krajowej.
Mieszka w Szwecji.